Włoskie fochy

Przez kilka dni zostawiłem Czarną na parkingu, nie miałem siły użerać się z porannym ruchem drogowym w drodze do pracy. W zbiorkomie i książkę człowiek poczyta, i lewa noga mniej cierpi w korkach.

Czwartego dnia rano przychodzę na parking, zeskrobuję większość lodu z szyb i wsiadam, że by ją odpalić. Kluczyk, zapłon, rozrusznik…

– Ekhu, ekhu. Ekhu. – dobiega spod maski przez pierwsze dwie sekundy. W trzeciej silnik łapie i natychmiast mi się obrywa. – GDZIE żeś był przez tyle dni?! Ile czasu mam czekać, żebyś sobie o mnie przypomniał? Teraz pewnie chcesz sobie dupkę zawieźć do pracy w ciepełku i bez stresu, cooooo? A masz! Prawe tylne światło – nie działa! Podświetlenie tablicy rejestracyjnej – nie działa! Che ne dici adesso, stronzo?!

Wzdycham, wysiadam z kabiny, idę w stronę tylnych świateł. Pochylam się na prawo – działają. Na lewo – działają. Tablica rejestracyjna – działa. Wychylam się w stronę kierownicy.

– Kłamiesz.

Chwila ciszy.

– Kiedyś się zdziwisz. Wsiadaj, jedziem.


Po pracy, parking w centrum handlowym. Zakupy zrobione, bagażnik zapakowany. Późny piątek, jestem styrany po całym tygodniu. Miło byłoby dojechać do domu w jednym kawałku i na własnych kołach, a nie na lawecie. Kluczyk, zapłon…

– Immobilajzer nie działa. – słyszę.

– Zalewasz.

Drugie podejście.

– Immobilajzer padł, chyba mówiłam? – komunikat wyświetla mi się między zegarami przy akompaniamencie brzęczyka.

– Zaaaleeeewasz.

Trzecie podejście. Kluczyk, zapłon… bingo. Rozrusznik.

– Ekhu, ekhu. W ogóle się na żartasz nie znasz. – słyszę z silnika.

– Nie pitol, znam cię.


Sobota, chwilę po południu. Minus pięć na termometrze. Kluczyk, zapłon, rozrusznik.

– Ekhu, ekhhh… i co? Da się częściej, niż raz w tygodniu? Da się. Gdzie jedziem dzisiaj?

– Nie mądrz się. Jak będziesz grzeczna do końca zimy, to zajrzymy do Tomka Twardowskiego. Podobało ci się u niego, co? – ostatnim razem, jak sprzęgło wyzionęło ducha, Czarna dotoczyła się akurat na drugą stronę ulicy, przy której znajdowało się niegdysiejsze ASO T&T. Najwidoczniej wiedziała lepiej ode mnie, gdzie naprawiają fachowo.

– Trzymam za słowo.

Od tamtej pory Czarna grzeczna, a ja już oszczędzam na opłacenie rachunku.

Włoskie samochody.

20150706_193052.jpg

Reklamy

Cykle

Odnoszę wrażenie, że co roku powtarza się w moim życiu ten sam schemat, tyle że w różnych okresach. Raz w roku mam jeden piękny i bezstresowy dzień. Raz w roku mam przez kilka tygodni fazę przygniatającą do ziemi i topiącą w czarnym atramencie.

Teraz wróciła faza wkurwu.

Od dwóch tygodni w moim smutnym życiu los rzuca mi pod nogi kłody wielkości przeciętnej sosny, ale żem nieprzyzwyczajony do prawdziwych zmartwień, to potykanie się o te sosenki wyczerpujące jest niemożebnie. Nie ma dnia, żeby coś poszło gładko.

Na wszystko nakłada się młyn w kołchozie, gdzie znowu osiągam szczyt fizycznych możliwości w przetwarzaniu informacji i prób równoległej pracy w kilku miejscach jednocześnie.

Rezultat jest taki, że do ludzi cierpliwości mam na jedno pytanie. Zadaj drugie, szczególnie bezsensowne i nie wnoszące do tematu, a usłyszysz „idźże w chuj”.

Oczywiście są jednostki, które usłyszą to na samym wstępie.

Problem polega na tym, że:
1) lubię ten stan, bo działam wtedy najbardziej produktywnie;
2) nie osiągam niczego ważnego, typu lek na raka albo przyspieszenie kolonizacji Marsa – po prostu drobię w codziennych pracowych pierdołach, przez które osobom z interesujacą ścieżką zawodową żal duszę ściska;
3) życie prywatne, i tak nadszarpnięte, dostaje po dupie jeszcze mocniej. Jestem agresywny dla siebie, dla innych, i w zasadzie najlepiej by było dla wszystkich, gdybym się zaszył gdzieś pod kamieniem do końca roku i ochłonął.

Ewentualnie sprzedam samochód i opłacę psychologa.

Umrę

Melancholijny
Samotny
Trawiony przez swoje lęki
Sącząc kieliszek chardonnay, patrząc się w jakiś ekran
Rozpamiętując stracony czas i energię
Zastanawiając się, jak zmarnowałem taką szansę ma życie, mając kiedyś marzenia, dość otwarty umysł i brak zobowiązań
Z ulgą i poczuciem, że wszystko powyższe mi się należało.

Chciałbym…

…odczuwać taką fascynację i podekscytowanie banalnymi sprawami: powrotem do języka niemieckiego, przednimi reflektorami Forda Mustanga 2015, zdjęciem profilowym wrzuconym na bunia przez nieco odległą znajomą dwa lata temu, oddychaniem – bez konieczności sięgania po całą butelkę rieslinga w pierwszej połowie tygodnia.

Rytuał

Sobota rano. O dziewiątej budzi mnie dźwięk alarmu w telefonie. W półśnie łapię za urządzenie i z trudem przesuwam po ekranie przycisk, żeby go uciszyć. Komunikat „Nie śpimy, zwiedzamy!” znika z wyświetlacza (przez pięć dni w tygodniu jest to „Kurwa. Znowu kołchoz”).

Musi minąć jeszcze godzina, zanim mój umysł uzna, że wystarczy tego dobrego. Łapię za telefon, zerkam na godzinę i czy coś ciekawego przyszło na maila lub na Bunia. Zwykle tak się nie dzieje, więc mogę przystąpić do dalszej części planu: wstaję, zaciągam na tyłek dresowe spodenki i maszeruję do kuchni. Łapię za czajnik, wylewam pozostałości wody z drobinami kamiennego osadu z dna. Nalewam gorącej wody z kranu, wstawiam na gaz. Docieram do młynka z kawą. Łapię za paczkę ziarnistej ze Starbunia, wsypuję do plastikowego pojemniczka ustawionego uprzednio na wadze. Do środka idzie około dwudziestu ośmiu gram. Odmierzoną ilość przesypuję do hoppera, odpalam telewizor i zaczynam krzątać się po kuchni.

Do czasu, kiedy woda się zagotuje, udaje mi się ogarnąć podstawy – naczynia z suszarki do szafek, jakieś okruchy ze stołu, soki do lodówki i tak dalej. W międzyczasie podstawowa toaleta.

Po wyłączeniu gazu pod wrzącą wodą odpalam młynek, w którym uprzednio sprawdziłem ustawienie grubości pod french press. Odpalam go i wokół mnie roznosi się zapach kawy. Wsypuję ją do dzbanka i zalewam jedną i czterema dziesiątymi uncji gorącej wody. Zerkam na zegar pokazywany w TVN24 i ustalam sobie cztery – pięć minut na parzenie. Mniej więcej w połowie mieszam. Pod koniec do środka wkładam tłok i wciskam go do dna. Tak przygotowaną kawę przelewam do dwóch zbliżonych objętością kubków. Najpierw trochę do mojego, potem większość do mężowego, na sam koniec do mojego – żeby większość pyłu i najdrobniejszego osadu pozostałego po mieleniu wylądował właśnie u mnie, nie u męża. Nie przepada za tym piachem.

Wyciszam telewizor, łapię dwa kubki, wychodzę z kuchni trącając łokciem przełącznik światła, żeby je zgasić i wracam do pokoju. Mąż jeszcze śpi, ale gdzieś w podświadomości zanotował dźwięk młynka i jak tylko zbliżam się do łóżka, przetacza się nieco w kąt, fukając nieprzytomnie, i odsuwa fragment prześcieradła, żebym mógł postawić jego kubek na łóżku w zasięgu jego rąk.

Siadam na jednym z foteli, łapię za książkę, gazetę, albo za tablet i zabieram się za czytanie. Czasem, jeśli mąż ma lepszy dzień, jest na tyle przytomny, że jesteśmy w stanie razem obejrzeć jakiś program nagrany w ciągu tygodnia w TV na Discovery, NG czy czymś podobnym.

Dzisiaj uświadomiłem sobie, że powtarzam ten cały proces w niemal niezmienionej formie od ponad roku, jeśli nie więcej. W każdą sobotę, w każdą niedzielę.

W. Każdy. Jebany. Dzień. Wolny.

I ta godzina spędzona z pierwszą kawą to najszczęśliwsza godzina z całego tygodnia. Najlepszy highlight. Coś, na co podświadomie czekam. Sacrum, którego za wszelką cenę nie chcę sponiewierać. Wieczór picia wódy i nocowanie poza domem? Nie, dziękuję – ważniejsza dla mnie jest kawa zaparzona o ludzkiej porze zaraz po wyjściu ze swojego łóżka. Śniadanie? „Kotek, popierdoliło cię? Najpierw rzeczy ważne”.

Co istotne, to ta pierwsza kawa jest wyjątkowa. Rozpoczyna dzień. Obejmuje szczególne pół godziny, które przeznaczam na rozruch, zanim zabiorę się za inne rzeczy. Jako jedyna może być pita w nieposłanym barłogu. Drugi kubek smakuje wysilaniem się, popłuczynami po tej prawdziwej. Jakbym próbował się oszukać – ale de facto nie potrafię, to nie działa. Druga kawa jest taka zwyczajna, pita już w trybie normalnego funkcjonowania.

Ciekawe jest też to, że cokolwiek robię, popijając pierwszym kubkiem kawy, sprawia większą przyjemność. Jakbym patrzył z dystansu na jeden z obrazków z sesji zdjęciowej: kawka, gazetka, bułkę przez bibułkę, inteligencik o poranku, niewymuszony luz – ale tak naprawdę nigdy to u mnie nie działa w ten sposób poza tymi weekendami. Ani w pracy, ani w ciągu dnia, ani kawa, ani wino – nie jestem w stanie przywołać tego efektu. Picie wtedy raczej przeszkadza i rozprasza od aktualnie wykonywanej czynności. Poranne weekendowe popijanie jest nierozerwalną częścią rytuału i doskonale uzupełnia cokolwiek akurat robię.

Znawcy tematu pewnie powiedzą coś na temat wagi kształtowania takich przyzwyczajeń w celu utrzymania higieny psychicznej. Mi zajęło kilkanaście miesięcy wyrobienie sobie tego nawyku i skojarzenie go z bezgranicznym relaksem. Przez kolejne pięć dni będę tyrał w kołchozie nie czekając na weekend – a raczej czekając z niecierpliwością na tę pierwszą sobotnią poranną kawę.

Kolejny rok

Fascynujące, jak człowiek wpada w pułapkę wymówek. Fascynujące, jak można przepierdolić pełen rok i wrócić do punktu wyjścia. Każdy kolejny zaczyna się z marzeniem, że może w tym roku uda mi się popływać w tybetańskim jeziorze albo poprażyć w kalifornijskim słońcu. Latka lecą, a codzienność, rutyna i strach, kretyńsko maskowany „odpowiedzialnością i dojrzałością” skutecznie zniechęca do chociażby dotarcia do włoskiego słońca.

Dać się uwięzić swoim demonom mimo braku realnych kotwic i patrzeć na swoją powolną śmierć.

Mała rewolucja

Minął chyba najlepszy tydzień mojego życia w pracy. Wprawdzie w piątek spędziłem dwanaście godzin łącząc delegację i trochę zwykłej pracy, w niedzielę (święto) przywlokłem się do biura, a od następnego poniedziałku do piątku średnio po dziesięć godzin dziennie leciałem na pełnej kurwie, wytężając bez przerwy wszystkie siły fizyczne i intelektualne i będąc do dyspozycji niemal wszystkich dwudziestu pracowników firmy, żeby nie dopuścić do paraliżu w związku z wprowadzeniem nowego systemu informatycznego – ale było to zdumiewająco satysfakcjonujące doświadczenie.

Po wprowadzeniu programu na produkcję doznałem też, zupełnie z dupy, w nieoczekiwanym momencie i za jednym zamachem wszystko, katharsis w sprawie dotychczasowego prowadzenia całego projektu. Oświecenie wydaje mi się tak wartościowe, że aż gdzieś je chyba zapiszę na przyszłość.

Zaczynam z niepokojem zastanawiać się, czy nie wprowadziliśmy projektu za późno – co oprócz mojego dotychczasowego upadku zdrowia psychicznego może mieć niedługo jeszcze konsekwencje finansowe – i czy uda mi się w miarę szybko wyciągnąć z całej sytuacji sensowne wnioski, które pomogą mi się podźwignąć z doła. Bo czuję, że ten przełom może rzucić mi wreszcie sporo światła na moje codzienne rozterki.

Małopolskie przemyślenia

Lubię od czasu do czasu się gdzieś wyrwać, bo podczas wojaży w mózgu pojawiają się impulsy, które nie mają prawa powstać w warunkach codziennych.

_

Zaczynam podejrzewać, że moje czułe rozmowy z Czarną trochę łagodzą jej temperament. Tysiąckilometrową trasę do Krakowa i z powrotem, zaliczając po drodze różne objazdy, przebyła zaledwie z jednym komunikatem ostrzegawczym o niedziałających światłach. Akurat tego dawno nie widziałem, więc zrobiło mi się miło, że zechciała powspominać początki naszej znajomości. Zwykle raczy mnie ostrzeżeniem o niskim naładowaniu akumulatora i daje sobie spokój na tydzień-dwa, kiedy odkrywam jej kłamstwo miernikiem cyfrowym.

_

Chcę poznać tego, który wpadł na pomysł tempomatu i wprowadził go w życie. Do tej pory myślałem, że to nietrafiony wynalazek – za dużo na drodze się dzieje, żeby utrzymywać stałą prędkość. Jednak po stu-kilkunastu kilometrach, kiedy prawa stopa zaczynała zamieniać się w bolesny kamień, musiałem dać szansę jednej z dźwigienek po lewej stronie kierownicy. Tu przekręcić, tam nacisnąć, zdjąć nogę z gazu… i Czarna pojechała sama. Na dodatek przepustnicę można regulować dźwigienką, nie pedałem gazu!

Na drogach ekspresowych to cudo jest nie do przecenienia. Wydaję komendę „Czarna, jedź!”, a ona automagicznie kontroluje prędkość i utrzymuje ją w granicach plus minus jednego kilometra na godzinę. Trasa zamienia się z wysiłku w strategię: tu przepuścić lewym pasem, tu wyprzedzić, prędkość ta sama. Czasem trzeba przyhamować, ale jak można wrócić do poprzedniej prędkości to zdejmuje się nogę z gazu, szybko naciska dźwigienkę i auto zaczyna samo przyspieszać do poprzedniej prędkości. Takie cuda.

Jeszcze lepiej jest w terenie zabudowanym: ustawiasz pięćdziesiąt pięć i nie musisz się przejmować przekroczeniem prędkości. Koszmar ciężkiej nogi się zakończył!

_

Na codzień męczę się ze stresem o niskim natężeniu, ale przewlekłym. Dzięki temu wciąż mam obniżony nastrój i jestem rozdrażniony, na pewno można to zakwalifikować pod umiarkowaną depresję. W bonusie z rzadka manifestuje się u mnie lekka fobia społeczna. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że powinienem popracować w jakimś odmóżdżającym środowisku, gdzieś gdzie nie wymagają ode mnie rzeczy, na które nie jestem przygotowany i być nie chcę. Smutne trochę, bo ludzie dzielą się ponoć na narzędzia i na tych, którzy z narzędzi korzystają. Ale co poradzę, że nie potrzebuję kariery, walki, udowadniania sobie i innym różnych mało istotnych rzeczy.

Z drugiej strony, praca na recepcji powodowała u mnie jeszcze w młodych latach duże niedowartościowanie, była najniższym szczeblem w firmie. Codziennie stawałem przed lustrem i kwestionowałem swoje życie.

W Ojcowskim Parku Narodowym zobaczyłem coś bardziej przerażającego od tej recepcji: siedzenie przez cały dzień i pilnowanie prowizorycznego kibla zrobionego z kontenera.

Owszem, jak się robi coś takiego, to prawdopodobnie jest dużo czasu na naukę, czytanie książek, etcetera. Nie siedzi nad tobą marudzący szef… właściwie to nie siedzi nikt. Uczucie izolacji, które tam panowało, nieco mnie zmroziło. Pomyślałem, że na obecnym etapie życia nie chciałbym za żadne skarby tak skończyć. Mam szacunek do (niemal) każdej pracy, ale nie jestem pewien, czy w wieku pięćdziesięciu lat chciałbym siedzieć w lesie, patrzeć w drzewa i zbierać złotóweczkę od każdego turysty, który przychodzi postękać mi za ścianą. Być może kiedyś mi się to zmieni.

_

Jestem zbulwersowany tym, co jako ludzkość zrobiliśmy z miejscami turystycznymi. Panującą degrengoladę można porównać do najchętniej konsumowanych współcześnie treści: Fakt, Pudelek i tym podobne.

Wyobraźcie sobie następujące. Polski park krajobrazowy, wokół drzewa, skałki, doliny, wapienie. Pośrodku tego siedzi na ziemi pan i sprzedaje pamiątki. Pośród pamiątek leżą między innymi jakieś wisiorki i gzery, które widziałem poprzedniego dnia w innym turystycznym miejscu, ale wisienką na torcie były małe, gumowe piłki do koszykówki.

Co do ciężkiej cholery robią tandetne chińskie piłki do koszykówki pośrodku polskiego lasu!?

Dlaczego, jako konsumenci, dopuściliśmy do tego, że w dość wyjątkowych miejscach pojawia się zupełnie niemający związku plastikowy szit? Bo jeśli pan wpadł na pomysł, żeby to przytargać, to ktoś musiał od niego wcześniej kupować.

Drugi przykład, zasłyszany: w Paryżu sprzedawane były małe pozytywki. Podróżujący, zauroczeni oryginalnością pomysłu, zakupili jedną i przywieźli do Polski. Rok później zauważyli, że Polska została zalana identycznymi pozytywkami i oryginalność chuj strzelił. Taki już urok turystycznych destynacji – człowiek musi mieć doktorat z trendów w biznesie, żeby ustrzec się przed przepłaceniem za masowy chłam, a zamiast tego wychwycić coś naprawdę oryginalnego, co można bez wstydu postawić w dedykowanej gablotce podróżniczych osiągnięć.

_

Czas na crème de la crème spostrzeżeń. Na jutubie znaleźć można program „Jedź bezpiecznie”. Kręcą go w Małopolsce, w zasadzie głównie w Krakowie. Obejrzałem przynajmniej kilkanaście odcinków, bo lubię konfrontować swoją wiedzę z ichniejszym ekspertem. Zdecydowaną większość problemów kwitowałem słowami: „Pfff, przecież to proste i oczywiste jest. Co takie trudnego w tych przepisach, że muszą całą serię temu poświęcać? W Krakowie jeździć nie umią? (sic)”.

Cóż… Kiedy wjechałem do Krakowa, wszystko zrozumiałem.

Organizacja ruchu z mojego punktu widzenia jest w tym mieście kompletnie posrana. Miszmasz, kipisz, znak na znaku, świateł brak, non stop po kimś przejeżdżasz, pasy zmieniają kierunek po trzydziestu metrach – jedziesz prosto i nagle skręcasz w lewo. Dziwię się, że po pierwszym przejeździe nie miałem żadnego wypadku. Na moją niekorzyść działał fakt, że pierwszy wjazd zaliczyłem późnym wieczorem blisko godziny szczytu, a dodatkowo musiałem dostać się w okolice starówki. Jestem przekonany, że złamałem przynajmniej kilka przepisów, ale nawet nie jestem pewien których. Jest na przykład znak zakazujący ruchu na danym odcinku – ale pod nim jest biała tablica uszczegóławiająca, wysoka na dwa metry. Kto normalny jest w stanie przeczytać to wszystko po ciemaku w dwie sekundy, jak z tyłu już popędzają lokalsi?

Parkowanie to temat na osobną dyskusję. Posłużę się moim ulubionym „Opatrzność czuwa nad półgłówkami”, bo zarówno za pierwszym (piątek wieczór), jak i drugim (sobota wieczór) razem udało mi się ustrzelić miejsce parkingowe prostopadłe do jezdni w odległości kilkudziesięciu metrów od noclegu. Dziecko szczęścia normalnie ze mnie. Spodziewałem się, że szukanie miejsca będzie za każdym razem trwało pół godziny i kończyło się trzy kilometry od mieszkania z karoserią poobijaną po próbach zaparkowania równoległego w jedynym wolnym miejscu, krótszym od samochodu o dziesięć centymetrów. Patrząc po sposobie parkowania lokalsów, wizja nie była wcale tak odległa.

Trzecia sprawa – stan dróg. Szit straszny, dziura siedzi na dziurze i dziurą pogania. Już wjeżdżając za pierwszym razem szybko poczułem, kiedy przekroczyłem granicę Krakowa. Potem wcale nie było lepiej – nierówności wyskakiwały nieoczekiwanie nawet na głównych arteriach. Znienawidzona warszawska Łodygowa wydaje się przy tamtejszych ulicach równa jak stół. W życiu bym nie pomyślał, że w tak dużym mieście można pozwolić sobie na takie badziewie.

Podsumowując – każdy, dosłownie każdy kilometr pokonany Czarną w Krakowie był festiwalem hałasu kół uderzających o karoserię co trzy metry i mojego psioczenia, bogatego w przekleństwa. Zagmatwanie w znakach poziomych i pionowych doprowadziło mnie do konkluzji, że drogi warszawskie stopniem trudności porównać można do Jarostów Dolnych (nawet nie Górnych, bo w tych jest jedyne rondo w promieniu dwustu kilometrów). Naprawdę nie wiem, jak w Krakowie można zdać prawo jazdy. Od strony motoryzacyjnej znienawidziłem to miasto i mój samochód raczej już nie przekroczy jego granic administracyjnych. Odetchnąłem z dużą ulgą, jak tylko wyrwaliśmy się z tego piekła, kierując się na Zator.