Geneza nałogu

Ostatnimi czasy ten temat mnie prześladuje nazbyt intensywnie. Siedzę w swoich ulubionych warunkach – słońce, balkon, wolne popołudnie – sącząc wino rosé i zastanawiając się nad tym, w jaki sposób wpakowałem się w co najmniej dwa uzależnienia. Kofeina rano, etanol wieczorem.

Pierwsze jest bardziej niewinne, chociaż równie niezdrowe co drugie. Nie ma dla mnie dobrego weekendu bez obowiązkowej dawki programów podróżniczych podlanych kubłem kawy przegryzanej słodkim śniadaniem o poranku. Pisałem o tym już lata temu. Że od tego czasu nie dostałem cukrzycy, to cud. Że pikawa nie siadła – jeszcze większy.

Nie ma też dnia w pracy bez opróżnienia kubka kawy na pusty żołądek, przy przekopywaniu się przez maile i sprawy do załatwienia. Schemat zawsze ten sam: wejście, lista, rzut torbą, odpalenie kompa, sięgnięcie do szuflady po filtr lub filiżankę, pięć kroków do kuchni, pstryknięcie w guzik w automacie lub powolne zalewanie starbuniowej mieszanki w dripie. Biurko, logowanie, żarciki z dziewczynami, Outlook, lista zadań, filiżanka pusta. Idę po kolejną i dopiero przy niej zaczyna się dzień pracy.

To, co niemal niechcący wdrukowałem w swój mózg w kwestii rozpoczęcia dnia, niemal wymusiłem na nim, jeśli chodzi o dnia zakończenie.

Swego czasu z dumą oświadczałem, że piątki są tylko dla mnie. „Wino i mrożona pizza” – taki miałem sposób na spuszczenie pary po ciężkim tygodniu. Wino jakiekolwiek, pizza zawsze musiała być. Nawet jak nie miałem na nią specjalnej ochoty, nawet jeśli do północy pozostawała ledwie godzina, odpalałem piekarnik i na ruszt wjeżdżała mrożonka. Swego rodzaju upodlenie się, gulity pleasure.

Miałem do czego wyglądać przez cały tydzień pracy. Pizza w piekarniku była momentem kulminacyjnym, do którego prowadziły: poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, wyjście z pracy, zakupy, sprzątanie chaty, otwarcie wina, zapadnięcie się przed konsolą lub dekoderem, dwie godzinki odpoczynku, piekarnik. Po pizzy weekend był mój i życie zaczynało się na nowo. Przynajmniej na dwa dni.

Kij, że z biegiem lat w soboty czułem się coraz gorzej i gorzej, jeśli chodzi o trawienie. Zrzucanie o północy takiej bomby na zmęczony alkoholem żołądek, który chwilę później lądował w łóżku w pozycji horyzontalnej, skutkowało w najlepszym razie czasowymi niedyspozycjami w soboty. Ale przecież w soboty mogę odpocząć, więc jestem w domu, więc spoko, nie?

Tak czy inaczej zaczęło mnie to męczyć. W miarę, jak wyrabiałem umiejętności kulinarne, pizze zaczęły ustępować trochę lżejszym daniom spożywanym w nieco sensowniejszych piątkowych porach. Wino zostało.

I zaczęło się trochę bardziej panoszyć.

Zupełnie nie pamiętam pierwszego razu, kiedy zestaw: słońce + leżak + balkon + wolny czas + wino rozwaliły mi system. To musiało być jednak dość niewinne uczucie. Zapewne zechciałem je powtórzyć, bo było przyjemne, dość nieszkodliwe i łatwe do odtworzenia. Przy kolejnej okazji spróbowałem więc ponownie. Było zajebiście. „Tak trzeba żyć” – pomyślałem zapewne.

Rok później okazało się, że wino można nie tylko w piątek, ale w zasadzie od poniedziałku do soboty. Niedziela była wyjątkiem, bo przecież zaraz do pracy. A w poniedziałek o ósmej, w mojej ocenie, następował automatyczny reset organizmu i był on gotów do tłuczenia chardonnay na przemian z sauvignon blanc przez kolejne pięć dni. Młody jestem, nie?

Aż zacząłem się zastanawiać, czy obok „młody” nie powinienem postawić „uzależniony”.

Jest coś takiego w nałogowcu, że nie widzi objawów. Przecież wino piją wszyscy. Przecież nie stoję pod monopolowym, żebrząc o złotóweczkę. Przecież nie biję dzieci. Nie sprzedaję telewizora, żeby mieć na gorzałę. Nie rzucam talerzami, nie biję męża. Nie wychylam małpki kitranej w szufladzie w pracy, kiedy nikt nie widzi. Przecież, przecież…

…przecież spożywam ilości trunków ponad przeciętną. Przecież odczuwam ulgę, kiedy wracam do domu z butelką wina wymagającą schłodzenia, a okazuje się, że męża jeszcze nie ma – nie będę przed nim czuł wyrzutów sumienia, wsadzając ją pospieszenie do zamrażarki, żeby szybciej się schłodziła. Przecież nie jestem w stanie wysiedzieć na balkonie w ciepły dzień bez obsesyjnych myśli krążących wokół przepięknego, pękatego kieliszka, napełnionego w jednej trzeciej eleganckim trunkiem.

Koleżanka kiedyś wspomniała, że zazdrości czegoś takiego żeby usiąść w domu na chillu z kieliszkiem wina w ręce i odpocząć z książką czy przed telewizorem. Napisała to w odpowiedzi na zdjęcie, które zrobiłem, aby ukazać ten romantyczny obrazek: laptop, konwersacja, przygaszone światło, kieliszek z odrobiną wina chlapniętego na dnie – aby  wyglądało bardziej classy.

Obrazek nie pokazywał, że kieliszek to zaledwie początek; w moim przypadku butelka otwarta równa się butelka zrobiona w nie więcej, niż trzy – cztery godziny. Choćbym się przypalał i zaklinał na wszystkie swoje zegarki i samochód, po dwóch kieliszkach hamulce puszczają. Butelka jest w połowie pełna? Ha, zaraz będzie w pełni pusta. Jest i druga? Jeśli jutro nie idę do pracy, to nie będzie i drugiej.

Butelki w niefortunnym momencie połączyłem ze wspomnianym wcześniej relaksem na balkonie. Lana del Rey śpiewała w tle, riesling mienił się w kieliszku trzymanym pod słońce. W głowie szumiało, w skórę grzało. Jeśli to nie jest niebo, to nie wiem co nim jest.

Na moment pisania tego posta naprawdę nie jestem w stanie przytoczyć lepszego sposobu na dostarczenie sobie dawki bezgranicznego spokoju i szczęścia, niż rozłożenie się przy zachodzącym słońcu na balkonie, w otoczeniu zieleni zorganizowanej przez męża, z kieliszkiem białego czy różowego wina w ręce, ze słuchawkami sączącymi delikatne melodie. Znalazłem swój trigger dopaminy i go wzmocniłem.

Teraz nie chce puścić.

Po ostatnim tygodniu takiego alkoholowego wzmacniania dobrej pogody, w piątek postanowiłem wdrożyć choćby szczątkowe ćwiczenia z samokontroli. Koncepcja upadła tego samego dnia. Ludzie z pracy niespodziewanie zachęcili do wyskoczenia na alko do pobliskiej klubokawiarni. Pogoda piękna, żal nie skorzystać; skorzystałem. W dobrym nastroju, po kilku kieliszkach chardonnay, zahaczyłem w drodze do domu o sklep z winem i zapewniłem sobie nawod… nawinienie do końca wieczoru. Następnego dnia – świętowanie urodzin najbliższej przyjaciółki w absolutnie przepięknych miejskich okolicznościach nadwiślańskiej stołecznej przyrody w doborowym towarzystwie. Nie było mowy o ograniczaniu winnego strumienia. A kolejnego dnia? Znowu piękna pogoda. I dużo czasu na balkonie. Ale niedziela niehandlowa. Ale sobie obiecałem. Ale jutro do pracy. I cały czas, który spędziłem na czytaniu „Lalki” na Kindle’u, spędziłem de facto na walce z obsesyjną myślą, że czegoś mi brakuje – ze swoimi demonami. Wstawiłem nawet do lodówki japońską Choyę, na wypadek gdyby „okazała się kiedyś potrzebna”. Tia, „kiedyś”. Wierciłem się na leżaku, kisłem, ale jej nie dotknąłem.

Słońce zaszło, potrzeba mocniejszego kieliszka minęła jak ręką odjął. Z dumą, ale i ze łzami rozpaczy w oczach stwierdziłem, że pokonałem demony.

Nadszedł poniedziałek. Brak planów na wieczór. Piękna pogoda. Wczesne wyjście z pracy. Czego więcej było potrzeba?

Sklepu, różowego wina, ulgi bo męża nie ma w domu – mogłem pospiesznie schować butelkę do zamrażarki, aby szybciej się schłodziła.

Jeśli to nie jest piekło, to nie wiem co nim jest.

Obsesja

Dotrwałem.

Każda kolejna zima odciska na mnie większe piętno, niż poprzednia. Z każdej wychodzę z coraz większym trudem. Ostatnia jednak przebiła wszystkie.

Łajza wespół z moim wiekiem spowodowały, że pierwsze prześwity słońca i zielone liście przeciągneły mnie ze stanu permanentnej depresji do manii. Oczywiście pływanie ze skrajności w skrajność nie jest wygodne, ale na to nic chyba nie poradzę i nawet jest mi z tego powodu dobrze.

Ciepłe, słoneczne majówkowe dni spowodowały, że dostałem totalnej obsesji na punkcie słońca, świeżego powietrza. Nie wyjechałem nigdzie na długi weekend, za to skorzystałem na miejscu z czasu wolnego od pracy. Każdy, dosłownie każdy oddech był dla mnie pretekstem, aby wyjść z domu i pobiegać, posiedzieć na balkonie smażąc się w słońcu, załatwić coś na mieście, wyjść gdziekolwiek. Gdzie.kol.wiek, byle nie siedzieć przed ekranem z grą / Facebookiem czy podobnym szataństwem.

Nigdy coś takiego mnie nie dotknęło.

Owszem, przyjemnie było pograć na konsoli w przyjemnym, pomarańczowym, zachodzącym słońcu, sącząc czerwone wino. Fajnie było w takich okolicznościach przyrody powegetować na kanapie przed programem kulinarnym czy książką. Skończyło się.

Obecnie każda sekunda dobrej pogody powoduje, że wysiedzenie w domu staje się nieznośne. Mimo, że tęsknię za starymi nawykami – dostaję niesamowitego kaca moralnego z powodu straconej okazji do wyjścia na ciepło. Zimno też da radę – piszę właśnie, siedząc na balkonie w dość umiarkowanej temperaturze, ale za to z zapachem piwonii wokół i bezchmurnym nocnym niebem nad głową. Czepiam się kurczowo jakichkolwiek pretekstów, żeby ruszyć tyłek z czterech ścian, cieszyć się wiosną.

Boję się, że franca ucieknie za szybko i zanim zdążę się obejrzeć, osaczy mnie coroczna jesienna szaruga.

Lunch w firmowej kuchni okazuje się zbyt nieznośny na moje potrzeby. Siedzenie w przerwie od pracy w zamkniętej ze wszystkich stron od światła słonecznego klitce było pond moje siły – nie wspominając o konieczności wyczucia po raz dwusetny w ciągu roku odpowiedniego momentu, w którym mikrofala do odgrzania obiadu jest wolna. Poszedłem na lunch w okolicy, planuję zrobić to samo jutro. I pojutrze. I dalej, jeśli pogoda dopisze. Odbije się to może na mojej kieszeni, ale równolegle zdrowie psychiczne otrzyma wizytę w Spa.

Przełom kwietnia i maja tego roku uznaję za przełomowy i najpiękniejszy, jaki pamiętam.

DSC_0179

Po pracy nad Wisłę.

dav

Alternatywnie – po pracy na balkon.

DSC_0170

Spacer w takich okolicznościach to sama przyjemność.

dav

Chyba, że ktoś lubi zimno i pochmurno…

DSC_0083

Niemal w środku stolicy można znaleźć las.

DSC_0006 1

Dla równowagi można poślizgnąć się na śniegu.

Ja wiem, którą wersję rzeczywistości wybieram.

Prześwit z innego świata

Za oknem patatajnia z grzybnią, a takie połączenie skłania do bujania w obłokach. W związku z tym od dwóch dni prześladuje mnie pewna wizja, owoc tęsknoty za letnimi dniami: pod bosymi stopami piasek, nad głową ciepłe popołudniowe światło, dookoła zieleń, obok woda i piłka do gry w siatkówkę, kilkoro znajomych, może kajaki, na grzbiecie bluza, a na tyłku krótkie spodenki. Wszystko jak we śnie. Obraz jest tak realny, jakbym go przeżył, ale wiem że to nie nastąpiło. Równolegle czuję, że muszę go urzeczywistnić tak szybko, jak to możliwe.

Jedyne, czego nie wiem, patrząc na szarość za oknem, to czy ta wizja trzyma mnie przy życiu (bo jest do zrealizowania) czy dobija (bo jest tak daleko). Czas pokaże.

2012, 2013, 2014… 2015… ?… ?… ?

Uderzyło mnie, że przestały uderzać mnie dobre dni w życiu. Pojedyncze dni, w które wszystko zdaje się układać po mojej myśli. Przestałem chyba jeździć po skrajnościach i w skali roku uśredniłem nastrój do poziomu akceptowalnego. Zestarzałem się. Jeśli ceną za szereg dni z samopoczuciem PowyżejŚredniej+ ma być zniknięcie tych spotowych dni-niespodzianek jak z katalogu (jeden w roku), to ja jestem skłonny ją zapłacić. Viva dojrzewanie!

Stłamszeni nieszczęśnicy

Nieszczęście powstaje, gdy próbujemy przeżyć czyjś dzień, zamiast swojego – uderzyło moją półprzytomną głowę któregoś poranka w tramwaju. „Przecież to takie proste…” – pomyślałem zaraz potem. Dlaczego nie wpadłem na to wcześniej?

Brzmi jak banał nad banały. Słyszeć go jednak, a poczuć jak wypływa samoistnie z odmętów świadomości, to co innego. Wreszcie coś pstryknęło. Wreszcie zrozumiałem.

Wszystko sprowadza się do syndromu mediów społecznościowych. Rozumiem go tak, że przewijanie niusfida i oglądanie fotek z a) imprez, b), wakacji, c) siłowni, d) wpisz cokolwiek, co jest #fotogeniczne #samorozwój #awesome #feelthepower #polishboy #sratatata, powoduje obniżenie nastroju – zwłaszcza, jeśli akurat dostaliśmy op!erdol od szefa, zgubiliśmy portfel, mamy ciche dni z partnerem i ochlapał nas przejeżdżający przez kałużę samochód. Ba, wystarczy że cierpimy na taką błahostkę chroniczne obniżenie nastroju czy depresję. Szczęśliwe facjaty jaśniejące na ekranie smartfona wdeptują nas jeszcze bardziej w ziemię. O zjawisku pisze się, głos zabierają osoby odpowiedzialne za rozwój tych platform. Jako społeczeństwo będziemy przez to cierpieć jeszcze bardziej, przyjdzie na to czas.

Gorzej jest, jak przenosi się to na realne życie. I to właśnie sobie uświadomiłem w tramwaju – mi jako mi w zasadzie nie jest mi źle. Powiedziałbym, że jest nawet dobrze. Perspektywa walki z kolejnym dniem nie odrzuca mnie wstrętem. Wyjście na siłownię i wyobrażenie sobie siebie podczas ćwiczeń przywołuje pozytywne emocje.

Zaraz potem rozglądam się i zaczynają się wizualizacje. Spostrzegam, że chłopak stojący obok jest o wiele lepiej ubrany i ma zajebistą twarz. Samoocena natychmiast spada. Wyobrażam sobie, jak ćwiczy na mojej siłowni i idzie mu o wiele lepiej, i wygląda przy tej czynności o wiele lepiej, pożytkując ten czas efektywniej niż ja – wizja wieczornego treningu w moim wykonaniu traci na uroku. Złapałem się na tym, że próbuję filtrować swoje życie przez pryzmat innych ludzi. Nie jestem zajebisty jak wielu z nich, ale pozostawiony sam sobie akceptuję się na przyzwoitym poziomie. I to chyba jest punkt wyjścia do ułożenia burdelu w głowie. Stawiaj sobie własne cele, prowadź własną ewaluację, skup się na tym, co ty czujesz i jak siebie odbierasz – nie na tym, jak chciałbyś siebie odbierać po przefiltrowaniu przez bezzasadne założenia swojej świadomości stłamszonej przez idylliczną wizję wykreowaną w stłamszonym umyśle stażysty z marketingu.

Dwadzieścia siedem lat musiałem czekać na olśnienie? Serio?


**

Z innej beczki.

Nowy rok nie wygląda na tak monotonny, jak by się wydawało. Pod stopami trzęsie mi się ziemia jak nigdy. Obiecałem sobie, że w krytycznych sytuacjach w życiu prywatnym nie ucieknę się do dramatyzowania. Wspiąłem się zatem na szczyt możliwości, jeśli chodzi o dojrzałe poprowadzenie sprawy i czekam na rezultat. Spisuję to po to, żeby pamiętać o swoim toku myślenia, jak ziemia przestanie się już trząść i dach spadnie mi na głowę – albo wyjdę z domu bez szwanku.

Nocą na niebie

Właśnie spędziłem prawie pół godziny, gapiąc się na nocne niebo, korzystając z tego, że chmury przez chwilę ustąpiły pola. Można uznać to za bezproduktywne marnowanie czasu, ale dla mnie ma to prawie ten sam skutek, co medytacja. I wychodzi samo z siebie, nie mogę tego powstrzymać. Akurat jestem po kilku dniach wolnego, podczas którego odseparowałem się trochę od ludzi, zrelaksowałem, nadgoniłem zaległą grę, zresetowałem perspektywę. Obserwowanie pustych ulic o chodników w świetle księżyca o północy idealnie w tę perspektywę się wspasowuje.

A potem chmury stwierdziły, że koniec przedstawienia. Posunęły się na północ w kilka minut, zasłoniły mi Pas Oriona i tyle z medytacji. Pora wracać do łóżka i zacząć kolejny rok monotonii; opadam z sił na samą myśl.

Włoskie fochy

Przez kilka dni zostawiłem Czarną na parkingu, nie miałem siły użerać się z porannym ruchem drogowym w drodze do pracy. W zbiorkomie i książkę człowiek poczyta, i lewa noga mniej cierpi w korkach.

Czwartego dnia rano przychodzę na parking, zeskrobuję większość lodu z szyb i wsiadam, że by ją odpalić. Kluczyk, zapłon, rozrusznik…

– Ekhu, ekhu. Ekhu. – dobiega spod maski przez pierwsze dwie sekundy. W trzeciej silnik łapie i natychmiast mi się obrywa. – GDZIE żeś był przez tyle dni?! Ile czasu mam czekać, żebyś sobie o mnie przypomniał? Teraz pewnie chcesz sobie dupkę zawieźć do pracy w ciepełku i bez stresu, cooooo? A masz! Prawe tylne światło – nie działa! Podświetlenie tablicy rejestracyjnej – nie działa! Che ne dici adesso, stronzo?!

Wzdycham, wysiadam z kabiny, idę w stronę tylnych świateł. Pochylam się na prawo – działają. Na lewo – działają. Tablica rejestracyjna – działa. Wychylam się w stronę kierownicy.

– Kłamiesz.

Chwila ciszy.

– Kiedyś się zdziwisz. Wsiadaj, jedziem.


Po pracy, parking w centrum handlowym. Zakupy zrobione, bagażnik zapakowany. Późny piątek, jestem styrany po całym tygodniu. Miło byłoby dojechać do domu w jednym kawałku i na własnych kołach, a nie na lawecie. Kluczyk, zapłon…

– Immobilajzer nie działa. – słyszę.

– Zalewasz.

Drugie podejście.

– Immobilajzer padł, chyba mówiłam? – komunikat wyświetla mi się między zegarami przy akompaniamencie brzęczyka.

– Zaaaleeeewasz.

Trzecie podejście. Kluczyk, zapłon… bingo. Rozrusznik.

– Ekhu, ekhu. W ogóle się na żartasz nie znasz. – słyszę z silnika.

– Nie pitol, znam cię.


Sobota, chwilę po południu. Minus pięć na termometrze. Kluczyk, zapłon, rozrusznik.

– Ekhu, ekhhh… i co? Da się częściej, niż raz w tygodniu? Da się. Gdzie jedziem dzisiaj?

– Nie mądrz się. Jak będziesz grzeczna do końca zimy, to zajrzymy do Tomka Twardowskiego. Podobało ci się u niego, co? – ostatnim razem, jak sprzęgło wyzionęło ducha, Czarna dotoczyła się akurat na drugą stronę ulicy, przy której znajdowało się niegdysiejsze ASO T&T. Najwidoczniej wiedziała lepiej ode mnie, gdzie naprawiają fachowo.

– Trzymam za słowo.

Od tamtej pory Czarna grzeczna, a ja już oszczędzam na opłacenie rachunku.

Włoskie samochody.

20150706_193052.jpg

Cykle

Odnoszę wrażenie, że co roku powtarza się w moim życiu ten sam schemat, tyle że w różnych okresach. Raz w roku mam jeden piękny i bezstresowy dzień. Raz w roku mam przez kilka tygodni fazę przygniatającą do ziemi i topiącą w czarnym atramencie.

Teraz wróciła faza wkurwu.

Od dwóch tygodni w moim smutnym życiu los rzuca mi pod nogi kłody wielkości przeciętnej sosny, ale żem nieprzyzwyczajony do prawdziwych zmartwień, to potykanie się o te sosenki wyczerpujące jest niemożebnie. Nie ma dnia, żeby coś poszło gładko.

Na wszystko nakłada się młyn w kołchozie, gdzie znowu osiągam szczyt fizycznych możliwości w przetwarzaniu informacji i prób równoległej pracy w kilku miejscach jednocześnie.

Rezultat jest taki, że do ludzi cierpliwości mam na jedno pytanie. Zadaj drugie, szczególnie bezsensowne i nie wnoszące do tematu, a usłyszysz „idźże w chuj”.

Oczywiście są jednostki, które usłyszą to na samym wstępie.

Problem polega na tym, że:
1) lubię ten stan, bo działam wtedy najbardziej produktywnie;
2) nie osiągam niczego ważnego, typu lek na raka albo przyspieszenie kolonizacji Marsa – po prostu drobię w codziennych pracowych pierdołach, przez które osobom z interesujacą ścieżką zawodową żal duszę ściska;
3) życie prywatne, i tak nadszarpnięte, dostaje po dupie jeszcze mocniej. Jestem agresywny dla siebie, dla innych, i w zasadzie najlepiej by było dla wszystkich, gdybym się zaszył gdzieś pod kamieniem do końca roku i ochłonął.

Ewentualnie sprzedam samochód i opłacę psychologa.